Jakiś czas temu wzięłam udział w konkursie fejsbukowym, organizowanym przez krakowską firmę Dog's Profit. Jako, że do konkursów szczęścia nie mam, a osób których wzięło udział było naprawdę sporo, nie spodziewałam się, że zdobędę nagrodę. A jednak! Wraz z Pyniem zostaliśmy wybrani do tesowania pięknego mopowego szarpaka w ananasy.

I tak kilka dni później postanowiłam udać się do siedziby Dog's Profit, żeby odbebrać nagrodę. Nie ukrywam, że chciałam również oglądnąć na żywo inne rzeczy i osobiście poznać Queen B, czyli "firmową bokserkę" <3. Z krakowskiej siedziby wyszłam nie tylko z szarpakiem, ale również z zakupionymi dwiema, dawno już upatrzonymi czapkami, które możecie zobaczyć na zdjęciu poniżej. Tak wiem, tekst ma dotyczyć szarpaka, ale jeśli ktoś się jeszcze zastanawia czy warto zainwestować w te urocze czapy na koniec zimy, to niech już nie myśli tylko szybko robi zakupy! :)

Do rzeczy!

DOG'S PROFIT 

 

 

 

Dog's Profit to krakowska firma działająca na "psim rynku" od dwóch lat. W ich ofercie można znaleźć obroże, smycze, szelki jak również czapki, nerki, plecaki oraz zabawki dla psów. Zakupy w sklepie są banalnie proste, mamy różne możliwości dostawy i płatności, m.in. odbiór osobisty, z którego polecam skorzystać szczególnie osobom z Krakowa :) Strona jest ładna i przejrzysta, zachęca do przeglądania, wybierania, a przede wszystkim kupowania! I co najważniejsze - kontakt z zespołem Dog's Profit jest rewelacyjny, odpowiadają na wszystkie pytania i wątpliwości.

 

SZARPAK - WYGLĄD i WYKONANIE

Szarpaki, których dotyczy recenzja ostatecznie pojawią się w trzech lub czterech kolorach. Nam dane było testować fioletowo-żółty w ananasy. Szarpak jest przepiękny i świetnie wykonany - do fioletowej taśmy, na której nadrukowane zostały urocze ananasy doszyty został jaskrawo-żółty mop, miękki w dotyku i atrakcyjny do gryzienia. W miejscu uchwytu doszyta została żółta pianka neoprenowa, która sprawia, że szarpak trzyma się naprawdę wygodnie, a krawędzie taśmy nie ranią rąk. Wszystkie elementy są zszyte w staranny sposób, miejsca, które narażone są na mocniejsze pociągnięcia przez naszego psa wzmocnione są dodatkowo, dzięki czemu możemy liczyć na długie życie szarpaka :)

Długość całego szarpaka: 37 cm
Długość mopa: 18.5 cm
Długość rączki: 18 cm

 

ZABAWA

 

Moje doświadczenie z szarpakami jest znikome. Kiedyś zakupiłam jeden szarpak, którego zakończenie to sztuczne futerko, które niestety zupełnie się u nas nie sprawdziło... Podobno tego typu zabawka służy do interakcji pomiędzy człowiekiem a psem i wspólnej zabawy, jednak Pyniek bardzo lubi mielić sobie zabawki w samotności. Zakończenie szarpaka w formie futerka okazało się dla niego atrakcyjne na tyle, że upodobał sobie jego zjadanie... Ciągle trzeba więc było chować przed nim szarpak, przez co zwyczajnie o nim zapomninaliśmy a wspólna zabawa szybko kończyła się wygryzwaniem i połykaniem jego fragmentów.

Ananasowy szarpak od Dog's Proft sprawdził się doskonale. Pyniek lubi przeciągać się z nami, podgryzać go sobie na dywanie, a nawet z nim spać (jak widać na poniższym zdjęciu). Warto dodać, że nasz pies, pomimo że waży tylko 14 kg, jest naprawdę silny! Szarpak pozostał niezniszczony i jest to doskonałym potwierdzeniem starannego, mocnego wykonania. Dodatkowo, dzięki sprytowi Pynia mogliśmy się również przekonać, że druga strona szarpaka, czyli rączka, jest niemniej trwała - nasz pies wymyślił, że aby wyrwać szarpak powinien ciągnąć nie za część z mopem, a bliżej naszej dłoni. 

 

 

Aby utwierdzić się przekonaniu o trwałości, postanowiliśmy zaprosić naszą sąsiadkę rasy Border Collie, która jest prawdziwym niszczycielem psich rzeczy. Jak się okazało, i ona nie dała rady. Na dokładkę, przetestowaliśmy szarpak na polu, gdzie Maui uwielbia zabawy w przeciąganie. Po dłuższej zabawie, jak na zdjęciu poniżej, szarpak nabrał koloru mocno brązowego... Od razu po powrocie wrzuciłam go do pralki, chcąc sprawdzić jego odporność na wirownanie ;) Po wyciągnięciu zabawka jest jak nowa. Czyściutka, żaden element nie uległ zniszczeniu. Tylko Pynio był niezadowolony, gdyż zniknęły wszystkie ciekawe zapachy :)

 

 

OCENA

 

Nasza ocena to zdecydowane 5/5. Jeśli zastanawiacie się nad szarpakiem dla swojego psa, warto zamówić go właśnie od Dog's Profit. Zapewne większość osób, czytających Z psem po Krakowie mieszka właśnie w tym mieście, tym bardziej polecam skorzystać z oferty tej firmy. Nie zapłacicie za przesyłkę, poznacie fajnych ludzi, pieska i co więcej wesprzecie krakowski handmade :)  No i najważniejsze - jak mogliście przeczytać wyżej, możecie liczyć na trwałość i dokładność wykonania, co przy psich zabawach w przeciąganie jest naprawdę ważne.

Ale! Żeby nie było tylko ochów i achów. Pomimo, że kolorystyka szarpaka jest świetna, zabieranie go na zewnątrz w gorszą pogodę nie jest najlepszym pomysłem, no chyba, że chcemy go za każdym razem prać :) Jeśli więc ktoś planuje zakup pod kątem zabawy na świeżym powietrzu, proponuję inny zestaw kolorystyczny, który dane będzie nam zbaczyć już niedługo na stronie sklepu. 

 

 

 

 

 

Już od jakiegoś czasu przymierzałam się do zakupu nowej obroży i smyczy. Dotychczas byłam wierna firmie, o której kiedyś też napiszę, ale gdy zobaczyłam wzory, które zaproponowali Zosia i Kuba z Warsaw Dog, wiedziałam, że prędzej czy później muszę je mieć :). Na początku spróbowałam swoich sił w konkursie, który zorganizowali, ale niestety w wygrywaniu jestem słaba… Nie zniechęciło mnie to, bo już od dawna upatrzone niebieskie cudo musiało być nasze.

 

CO TO W OGÓLE WARSAW DOG?

 

Zosia, Kuba, Milla i Bonzo 

To stosunkowo młoda firma założona przez Zosię i jej chłopaka Kubę, których wielu psiarzy kojarzy z popularnego bloga Pies w Warszawie. W sierpniu 2015 roku, zaczęli sprzedaż psich modowych akcesoriów, które powstają… w ich 36 m2 kawalerce :). Sama trochę szyję i wiem ile miejsca zajmuje maszyna przemysłowa, materiały i wszystkie pozostałe pierdółki potrzebne do tworzenia. Uwierzcie mi –patrząc na to, jak działa Warsaw Dog, w jakim tempie dostarczane są przesyłki i jak starannie wszystko jest wykonane, naprawdę należy im się wielki szacunek! Ale po kolei.

 

 

ZAMÓWIENIE

 

strona Warsaw Dog 

Bardzo intuicyjne i bezproblemowe. Wybieramy wzór, dopasowujemy długość i szerokość taśmy, dobieramy smycz i gotowe. Dodatkowo można również zamówić adresatkę, a do smyczy dobrać kolor karabińczyków (a wybór spory - są miętowe, purpurowe, niebieskie, żółte i czarne). W sklepie dostępne są również szelki, a w okresie świątecznym, za dodatkową opłatą, dodana została możliwość zapakowania tego wszystkiego na prezent. Co ważne - jeśli z jakiegoś powodu obroża/szelki/smycz nie będzie nam odpowiadać, do 14 dni można je zwrócić lub wymienić. Bardzo podoba mi się, w jaki sposób jest to ujęte na stronie:

My lubimy czynić dobrze, dlatego masz 14 dni na odesłanie rzeczy bez podania przyczyny. Jeśli oderwałaś/oderwałeś metkę, usta wytarłaś/wytarłeś folijką i boisz się, że bez tego nie przyjmiemy – nic się nie martw, mamy tego dużo. Odsyłaj spokojnie. Najważniejsze, żebyś dobrze się czuła/czuł ze swoim zakupem.

Od razu czujemy się fajniejsi - nie jak klienci wielkich korporacji, które zawsze znajdą powód do nieprzyjęcia od nas reklamacji lub zwrotu.

Jedyne, z czym miałam problem, to brak opcji, aby od razu do koszyka można było dodać smycz w tym samym wzorze, co obroża. Niestety, mam taką typowo męską przypadłość rozróżniania tylko podstawowych kolorów i to tylko gdy jest ich mało na jednej rzeczy. Patrzę na kolor niebieski, odwracam wzrok i po chwili powiem wam, że to był kolor zielony… Gdy wybrałam niebiesko-żółto-czarną obróżkę i musiałam dobrze zapamiętać nazwę, żeby szukając smyczy odróżnić Aztec Grey od Aztec Green ;)

Jeśli chodzi o szerokość taśmy – dla Pyńka zawsze zamawiam 2 cm, w Warsaw Dogu tej szerokości zabrakło i obawiałam się czy te 2,5 cm nie będzie dla niego za szerokie. Na szczęście okazał się idealna. Oprócz tej szerokości, dostępne jest też 1,5 cm dla małych psiaków i 3,5 cm dla tych największych.

 

 

CENA

 

Dotychczas w innej firmie obroże kosztowały mnie około 27-29 zł. W Warsaw Dogu za samą obrożę zapłaciłam 39,90 zł. Jest to dosyć spora różnica, mam nadzieję, że obroża wytrzyma przez długi czas, bo te, które dotychczas zamawiałam, niestety nie przetrzymywały szarpanej psiej zabawy i zmiennych warunków pogodowych. Jak na razie, zapowiada się całkiem nieźle.

 

 

DOSTAWA I PACZKA

 obroza Warsaw Dog

 

Wszystkie możliwe opcje wysyłki (także odbioru osobistego) znajdziecie ładnie i przejrzyście opisane na stronie. Ja od niedawna jestem fanką Paczkomatów –nie trzeba czekać na kuriera czy być uzależnionym od godzin otwarcia poczty, a paczki przychodzą naprawdę szybko. Tak było też w tym przypadku. Połączenie sił Warsaw Doga i Paczkomatu sprawiło, że mój upragniony komplet smycz+obroża przyszedł w tempie błyskawicznym. Co więcej - od 80 zł wysyłka za pośrednictwem Paczkomatu jest darmowa.

I mała anegdota: kto korzystał ostatnio z Paczkomatów wie, że In-Post zrobił akcję reklamową i do każdej skrzynki wrzucał dodatkowo opakowanie oleju Ramy. Dobre kilka godzin główkowałam, dlaczego Zosia i Kuba dorzucili mi gratis olej do smażenia…

Wracając do paczki. Na kopercie dostaliśmy ręcznie dopisane pozdrowienia (krakowscy psiarze, proszę się nie obrażać) dla „Pynia, najfajniejszego psa w Krakowie” ;) Tego typu akcenty sprawiają, że chce się u takich osób zamawiać codziennie. Żeby uśmiechać się już podczas niesienia paczki pod pachą, jeszcze przez rozpakowaniem!

 

SMYCZ I OBROŻA - JAK SIĘ SPRAWUJĄ?

 

 smycz Warsaw Dog

 

W środku paczki – wszystko pięknie zwinięte i zapakowane, dodany list z życzeniami dobrego noszenia, naklejki, wizytówki z bardzo eleganckim logo (brawa dla grafika).

Tak jak wcześniej pisałam, obawiałam się o szerokość obroży. Okazało się jednak, że na Pyńku wygląda super, wręcz idealnie. Pierwszy raz spotkałam się z obrożą, której nadruk wykonany jest bezpośrednio na taśmie. Dotychczas wszystkie kupione przeze mnie obroże miały naszyty dodatkowy materiał lub tasiemkę, a od spodu jakiś dodatkowy miękki materiał. Pomimo tego, obroża jest miła w dotyku, a co najważniejsze, bardzo porządnie wykonana i trwała. Szybko stała się naszą ulubioną, a co za tym idzie, od czasu zamówienia, (czyli od dwóch miesięcy) zakładamy ją na każdy spacer. I jak dotychczas nie stało się z nią absolutnie nic. Delikatne zabrudzenia od intensywnego biegania bo błocie są niemal niewidoczne.

A smycz? Jako, że mamy pod bokiem dzikie pola, Pyniek głównie biega luzem. Jeśli jednak tylko nadarza się jakaś okazja wyjścia w teren, gdzie trzeba zapiąć psa, zawsze biorę tę z Warsaw Doga. Razem z obrożą komponuje się przepięknie. Przede wszystkim uwagę przykuwają inne niż wszystkie dodatki kaletnicze – porządne i (w końcu!) czarne. Smycz jest przeponana - posiada karabińczyki z dwóch stron, dzięki czemu można regulować jej długość i zapiąć równocześnie dwa psiaki (dla mnie to ważne, gdy biorę na spacer borderkę sąsiadów i nie muszę targać ze sobą drugiej smyczy).

Do smyczy mam tylko dwie uwagi. Dla mnie jest ona trochę za szeroka i ciężka. Mój pies waży 13 kg, więc tak naprawdę do utrzymania go wystarcza cieniutka smycz, która bez problemu mieści się w dłoni. Może gdyby tę część smyczy, którą trzymamy w ręce dałoby się trochę zaokrąglić, byłaby wygodniejsza? Jeśli chodzi o wagę, trzeba zdawać sobie sprawę, że na ciężar smyczy składają się przede wszystkim okucia, które są bardzo porządne, więc niestety - coś za coś :)


Podsumowując, jeśli jeszcze zastanawiacie się czy zamawiać obrożę/smycz z Warsaw Doga, to nie ma nad czym, bo naprawdę warto.

Szczerze kibicuję Zosi i Kubie, bo Warsaw Dog ze swoim designem, sposobem wykonania i całą otoczką związaną z "obsługą klienta" naprawdę zasługuje na podbicie rynku nie tylko warszawskiego, ale całej Polski i jeszcze dalej!

Adres sklepu: http://warsawdog.com/

Namówiłam was? Zamawialiście już od Zosi i Kuby, czy jesteście wierni jakiejś innej firmie?

Zapraszam do dyskusji :)

obroza Warsaw Dog

Dolina Grzybowska na weekend

 

My, psiarze w zimie mamy łatwiej. Dlaczego? W długie weekendy chcąc wybrać się z psem nie musimy szukać dobrego miejsca. Bo jak tylko temperatura skacze, z domu wychodzą wszyscy, a posiadaczom psów gorzej znaleźć teren, gdzie pies wybiega się swobodnie. Ja szukałam takiego miejsca w sobotę. Chciałam blisko, koniecznie z lasem (bo słońce) i bez ludzi. Trafiło na Zabierzów i mało znaną Dolinę Grzybowską położoną w Lesie Zabierzowskim.

Dojazd w to miejsce jest bardzo prosty – dolina znajduje się zaraz za restauracją Rogate Ranczo (jadąc od strony ul. Krakowskiej) oraz Błoniami Zabierzowskimi. Jadąc ulicą Kmity należy skręcić w pierwszą ulicę w prawo za Ranczem. Kilkadziesiąt metrów po skręcie łatwo można dostrzec duży parking należący do nieistniejącej już (niestety) restauracji Kmita. Po zaparkowaniu auta warto cofnąć się kawałek, gdyż znajduje się tam mapa całej trasy. 

Droga prowadząca przed dolinę jest trasą asfaltową i bardzo łagodną, dlatego jest odpowiednia również dla osób z gorszą kondycją.☺ Dla bardziej wymagających polecam odbicie w dowolnym momencie i pójście w las, szczególnie gdy słońce nie daje spokoju.

 

Co zawsze doceniam w takich miejscach to… woda! Po lewej stronie doliny płynie mały strumyk, w którym pies może swobodnie się schłodzić. Idąc na dłuższy spacer można również zabrać ze sobą coś do jedzenia – co jakiś czas na poboczu postawiono ławeczki ze stolikami.

Są również kosze na śmieci, a w przypadku posiadaczy psów - na kupy :). Przejście w tę i z powrotem zajmuje około półtorej godziny, jeśli jednak ktoś chciałby wydłużyć sobie pracę, to tak jak wcześniej wspomniałam, może skręcić w którąś z leśnych ścieżek.

Jedyny minus Doliny Grzybowskiej to wskazany w regulaminie nakaz trzymania psów na smyczy oraz (na szczęście sporadycznie, bo podobno nie wolno) przejeżdżający samochód.

Dla mnie jednak liczy się to, że w ciepły weekendowy dzień spotkałam tam dosłownie kilka spacerujących osób. A właśnie takiego spokojnego miejsca szukałam.

Klub Kombinator. Cofnijmy się w czasie...

 

Jest takie miejsce w Nowej Hucie. Miejsce klimatyczne z pasującą do tej dzielnicy nazwą KLUB KOMBINATOR. W środku osiedla Szkolnego, w budynku, gdzie znajduje się również Teatr Łaźnia Nowa (osobom spoza Huty polecam dobrze przestudiować mapę, łatwo się zgubić). Przed klubokawiarnią znajduje się ogródek złożony z modnych wciąż palet zamiast krzeseł.

 

 

Chcemy wejść do środka, ale napotykamy przeszkodę, i nie jest to zakaz wejścia z psem – problemem okazują się schody kratowe (takie dziurawe), na których Pyniek łap za nic nie postawi…
No to hop na rączki i idziemy dalej. A w środku klimat niezwykły – socrealistyczny wystrój, meble, które pamiętamy z mieszkań swoich babć. Super.

 

  

 

 

Od razu na wejściu słyszymy, że z psem nie ma w ogóle problemu, miła pani barmanka klepie zadowolonego Pynia po żeberkach. Dostajemy miseczkę z wodą i siadamy przy drzwiach z kawą. Jesteśmy jedynymi klientami w środku, chociaż na zewnątrz po chwili pojawia się rodzina z głośno szczekającym yorkiem. Pyniek jednak nie reaguje – widać, że dobrze poczuł się w klimacie dawnych lat i rozłożył się pod stołem w naszych nogach.

 

 

Do Kombinatora wrócimy, niestety tylko na piwo lub kawę, bo zjeść tu nic nie można. Ale lubią pieski. I lubią też w letniej miejscówce Kombinatora, Zalew Sztuki nad zalewem nowohuckim, gdzie odbywają się różne imprezy. My z pewnością wybierzemy się jeszcze w sierpniu.

 

 

Kopiec Kraka/Kamieniołom Liban

 

 Lato się kończy, a wraz z nim odchodzą potworne upały. Niektórym jednak wraz z odejściem wakacji kończy się okres, kiedy ma się dużo czasu na dalekie wycieczki poza Kraków… Dlatego dzisiaj polecam wam kolejne miejsce, ale tuż obok centrum Krakowa – Kopiec Krakusa i Kamieniołom Liban, gdzie niedawno wybraliśmy się w towarzystwie Tatarka i jego pani.

 Tatarek i Pynio

 

Jeśli jesteście zmotoryzowani, jadąc ulicą Wielicką mijacie skrzyżowanie z Powstańców Śląskich i skręcacie w prawo w ulicę Wapienną i ponownie w prawo w ulicę Pod Kopcem. Ja wraz z osobą mi towarzyszącą zaparkowałyśmy auto właśnie na końcu tej ulicy – dalej jest już zakaz wjazdu. Wszystko możecie zobaczyć na mojej nieudolnie zrobionej mapce (wybaczcie, niedługo nauczę się robić porządne kreski w Photoshopie…).

 

 

Jeśli jedziecie MPK, trzeba wysiąść na przystanku „Cmentarz Podgórski”. Dalej trzeba iść pieszo, co zajmuje niecałe 5 min. Fajne jest to, że nawet nie wchodząc na samą górę Kopca Kraka możemy przysiąść na ławce i napawać się niezwykłymi krakowskimi widokami. Zazwyczaj nie ma tu dużo ludzi – nie jest to tak popularny kopiec jak np. Kopiec Piłsudskiego. Dzięki temu, wybierając się na spacer z psem możemy liczyć na chwilę spokoju. Jeśli jednak chcecie kompletnie uniknąć towarzystwa ludzi popatrzcie na drugą mapkę – widnieje tam linia, która pokazuje zejście do Kamieniołomu Liban – miejsca, gdzie od 1942 do 1944 roku istniał obóz pracy, a w 1993 roku kręcono sceny do filmu Lista Schindlera.

 

 

Co ciekawe, wiele elementów scenografii pozostawiono aż do dziś. Ścieżki prowadzące do Kamieniołomu są ścieżkami nieoficjalnymi, a samo miejsce to jest mało rozreklamowane turystycznie. Pozwala to w spokoju wybrać się na spacer z psem. Ale uwaga, miejsce to jest bardzo specyficzne, mroczne i nawet w ciepły letni dzień, czuć niepokojący klimat, który tworzą powoli rdzewiejące wielki konstrukcje oraz częściowo zalany kamieniołom.

 

 

 

 

Polecam, to wszystko jest warte zobaczenia, niestety nie jest to typowy teren, gdzie nasz pies pohasa sobie w spokoju – ścieżki prowadzące do kamieniołomu mają bardzo strome zbocza dlatego nasze psy muszę być trzymane na smyczy!

Decyzja zapadła spontanicznie. Jedziemy. Psa też bierzemy.

PENSJONAT "SZAJNA SPA"

Na miejscu była już moja mama, więc upewniła się, że ikonka pieska widniejąca na jednym z portali noclegowych oznacza, że faktycznie czworonogi są w Szajna Spa mile widziane.

Co dziwne, na samej stronie pensjonatu nie ma ani słowa o akceptacji psów (http://www.szajnarymanow.pl/). Czemu? Nie mam pojęcia, może nie chcą się z tym afiszować, a może zwyczajnie ktoś się zagapił. Pies kosztuje nas w tym miejscu 15 złotych za dobę. To chyba taki standard.

Po dojechaniu na miejsce od razu zachwycamy się okolicą, bo Szajna znajduje się zaraz pod lasem i dla nas, mieszczuchów, to coś cudownego. Do tego jest piękna pogoda, więc dodaje to walorów w momencie naszego przyjazdu.

 

Idziemy za dom, gdzie znajduje się strefa wypoczynkowa z grillem, leżakami, miejscem na ognisko, piaskownicą itp.  Nagle Pyniek staje w miejscu i zaczyna nerwowo machać ogonem. Po chwili orientujemy się, że powodem ekscytacji jest całkiem spora sfora kotów, łypiących na niego oczami z różnych przydomowych skwerów. Na szczęście dla nas koty to nie tak duży problem, bo Pyniek lubi je tylko pogonić i postraszyć, jednak oznacza to, że trzeba go trochę bardziej pilnować, żeby nie spowodował jakiegoś zawału swoją nadpobudliwością... Z tyłu domu bardzo przyjemnie. Można zasiąść na leżaku, pogrilować w całkowitym spokoju i zupełnej ciszy.

Idziemy się zameldować. Pierwsze moje pytanie pada od razu: czy na śniadania wliczone w cenę pobytu można przyjść z psem. Dwie panie w recepcji patrzą na siebie niepewnie (czyżbyśmy byli pierwszymi gośćmi z psem lub pierwszymi, którzy zadają takie pytanie?). "Dopóki w restauracji jest pusto to można".  No i już trochę mina mi zrzedła. Pyńka samego w pokoju nie zostawię, będzie świrował. A co jak okaże się, że na śniadaniu będzie full ludzi? Trudno, najwyżej będziemy jeść na raty...

Szajna Spa posiada jeszcze strefę relaksacyjną - basen, jacuzzi i masaże, jednak chyba nikt nie ma wątpliwości, że w pies mile widziany tu nie jest ;)

Następnego dnia zeszliśmy na śniadanie z psem, gdyż pensjonat wydawał się pusty. W restauracji spotkaliśmy jednak trzy osoby: samotnego pana oraz mamę z synkiem. Synek widząc psa od razu się uaktywnił, jednak widocznie nauczony, że do obcych psów się nie podchodzi, zachował dystans :) Pyniek grzecznie wszedł pod stół, czujnie kontrolując czy przypadkiem coś nam nie smakuje i może chcemy mu to oddać. Na jego szczęście parówki były niezbyt smaczne ;)

Pomimo obecności innych gości, nikt nie zwrócił nam uwagi, nikt nie miał pretensji o obecność psa. Nie wiem jednak, jakby to było gdyby restauracja była pełna i gdyby znalazł się ktoś nielubiący czworonogów. Wydaje się, że jednak musielibyśmy zostawić Pyńka na górze.

 

Jak już wcześniej wspomniałam pod domem znajduje się piękny las. Wybrałam się do niego na mój poranny, jeszcze przedśniadaniowy spacer. Piękna pogoda, czyste powietrze, mnóstwo szyszek i szczęśliwy pies - czego chcieć więcej.

Po kilkuset metrach spotkała nas jednak niemiła niespodzianka... Wycinka drzew i zakaz wstępu. Nasz spacer skończył się więc na chodzeniu w kółko po terenie, gdzie nie groziło nam żadne spadające drzewo. Na szczęście to zapewne tymczasowe i gdzieś w głębi lasu, więc nie zaliczam tej przeszkody do minusów pobytu ;)

 

 

 

RYMANÓW ZDRÓJ

A jak z tą psiolubnością samego Rymanowa Zdroju? To dziwne miasto jeśli chodzi o psy. Zaraz zrozumiecie dlaczego.

Rymanów Zdrój to właściwie wieś uzdrowiskowa. Jak się zatem domyślacie, mnóstwo tu sanatoriów, a co za tym idzie starszych ludzi. Szczególnie widać to we wrześniu - miesiącu pozasezonowym, kiedy wszystkie dzieci są już w szkołach.

W pierwszym dniu naszego wyjazdu wybraliśmy się "w miasto" (w wieś?). Żeby się tam znaleźć wystarczy zejść po schodach pensjonatu i przejść przez ulicę. I już znajdujemy się na początku parku. Te schody są lekkim wyzwaniem, bo to ulubione miejsce kotów. Udaje się nam jednak zająć czymś Pyńka, który (wciąż nie wiem jakim cudem) nie zauważa około sześciu par wpatrzonych w niego oczu.

Idąc alejkami mijamy Zakład Przyrodoleczniczy Eskulap. Lekka wpadka, gdyż myśleliśmy że to jakaś duża pijalnia i już chcieliśmy się wpakować do środka, na szczęście w miarę szybko zorientowaliśmy się, że to nie to czego szukamy... Kilkadziesiąt metrów dalej znajdujemy to, czego szukaliśmy. Wchodzę do środka i pytam czy możemy wejść z psiakiem. Przemiła pani nie widzi w tym żadnego problemu. Całą trojką próbujemy wszystkich śmierdzących wód.

Po wyjściu Pyniek poprosił o zdjęcie z Potocką.

Wszystkie kawiarenki, które mijaliśmy pozwalały na obecność psa tylko w kącie ogródka, tam gdzie nie ma ludzi. W zimie, jeśli jest się w Rymanowie z psem, raczej nie ma co liczyć na obiad w centrum :/

Co najważniejsze. Dopiero po wyjściu z parku, zauważamy pewien paradoks. Pojemnik z woreczkami na psie kupy za 50 groszy. A obok? Wielki znak z regulaminem, gdzie jednym z punktów jest zakaz wprowadzania psów na teren parku (czyli w zasadzie większość terenu Rymanowa Zdroju). Pochodziliśmy jeszcze dookoła i okazało się, że cały park jest obsadzony znakami zakazu. Co ciekawe, spotkaliśmy kilku mieszkańców z psami, którzy zdawali sobie nic nie robić z zakazu. Zresztą te kilka miejsc, które odwiedziliśmy znajduje się na terenie właśnie tego parku i nikt nie zwrócił nam uwagi, że z psem to tu nie bardzo.

I jak to jest? Po co mi ten woreczek, skoro nie mogę przebywać z psem na większości powierzchni Rymanowa Zdroju?

   

   

Ale nie z samego centrum Rymanów Zdrój się składa. Warto wybrać się na jakikolwiek szlak. My wybraliśmy szlak przyrodniczy.

Co tu dużo pisać? Pięknie, mało ludzi, nikt nie zabrania wejścia z psem. Jest tylko jedno "ale". Po drodze mija się polanę, na której widnieje mrożące krew w żyłach ostrzeżenie "Uwaga żmije". Ja przechodziłam tamtędy z duszą na ramieniu, mając nadzieję, że żadnej żmii nie zachce się wycieczki na główną dróżkę.

   

Szlaków w Rymanowie Zdroju i okolicach jest do wybory, do koloru. Dla aktywnych psów znajdą się też urozmaicenia ;)

    

Podsumowując. Wyjazd z psem nam się udał, ale mam wrażenie, że tylko ze względu na pozasezonowy okres. Wszystkie zakazy są pewnie mocniej przestrzegane, kiedy w Rymanowie Zdroju jest szczyt turystyczny. Również w naszym pensjonacie.

A może ktoś z was był w okresie wakacyjnym? Podzielcie się opiniami w komentarzach! :)

Plusy, ogólnie:

  • las za domem
  • duży ogród
  • brak ulicy w pobliżu
  • piękne szlaki turystyczne

Minusy, ogólnie:

  • duża liczba kotów z pensjonacie
  • teren pensjonatu nieogrodzony
  • zakaz wprowadzania psów do parku
  • zakaz przebywania z psem w restauracjach

Malinowy Anioł i lody kurczakowe

Zachęceni wieścią o kurczakowych psich lodach podawanych w Malinowy Aniołwybraliśmy się z Pyńkiem w ponoć ostatni upalny dzień w tym roku. Zasiedliśmy w pięknym ogródku, dwa stoliki od pary, która również zawitała tam z troszkę większą, podobną do Akity sunią. Od razu przy zamówieniu zapytałam o psi przysmak opisany na fanpage’u restauracji. Wszystko się zgadzało – psiak „w gratisie” dostaje lodową kulkę zrobioną wyłącznie z kaszy jaglanej zblendowanej z warzywami i kurczakiem. Już po chwili Pynio oraz sunia-sąsiadka otrzymali elegancko podany na czarnej tacce psi przysmak. Na zdjęciu nie wygląda to tak pięknie, gdyż Pyniek nie wiedząc jak się za to zabrać momentalnie wyciągnął kulkę poza miskę. Jestem pewna, że lody były smakowite, bo wylizywał kamyki jeszcze dobre kilka minut.

 


Podsumowując – polecam Malinowego Anioła w okresie kiedy jest jeszcze ogródek, szczególnie przez dodatkowy bonus w postaci lodów kurczakowych. Jakiś czas temu pisałam, że restauracja wyszła naprzeciw psiarzom i stworzyła specjalny parking dla większych psów. Wygląda to jednak troszkę inaczej niż myślałam i parking ten znajduje się z drugiej strony restauracji niż ogródek, a stoliki, przy których ma się widok na psa znajdują się w środku lokalu. Nie jestem przekonana czy dobrym pomysłem jest zostawianie psa przed restauracją i patrzenie się na niego przez okno, szczególnie w gorszą pogodę…
W zimie lepiej chyba wybrać inne miejsce, gdzie z psiakiem będziemy mile widziani również w środku :)

 

 

Popularne wpisy

0

Dbajmy o DOGFRIENDLY

  „Czy można z psem?" "Niestety nie, nie możemy się na to ...
0

Nie każdy powinien mieć psa

  Często ludzie w bardzo nieodpowiedzialny sposób decydują się ...
0

Warszawa w Krakowie, czyli jak nosi się Warsaw Dog

  Już od jakiegoś czasu przymierzałam się do zakupu nowej ...
0

Jesteś psiarzem. Nie bądź hejterem.

  Największym wrogiem psiarza jest… inny psiarz. Kłótnie na ...
12

Nie oceniaj książki po okładce, czyli o "Syndromie czarnego psa"

  1 października obchodziliśmy Światowy Dzień Czarnego Psa. ...
0

Mam problem z psem

  Kiedy trzy lata temu wzięłam Pyńka, zaczęłam interesować się ...
0

Miłość NIE od pierwszego wejrzenia

  To było 3 lata temu. Czas leci naprawdę szybko, a wydaje się, ...