poniedziałek, 05 październik 2015 02:00

Jakie życie bez psa byłoby fajne

Oceń ten artykuł
(3 głosów)

„Boże, jakie to życie bez psa byłoby fajne. Można by było iść w Sylwestra na pokaz fajerwerków, w zimie leżeć pod kołdrą cały dzień i nigdzie nie wychodzić. Podczas burzy można by było przy otwartych oknach poskakać w rytm piorunów, a po podłodze można by było się tarzać bez obaw o połknięcie tysiąca psich włosów.

R. popatrzył na Pynia, na mnie i westchnął.

„A tak naprawdę, to gdybym był chirurgiem to bym sobie tego psa wszczepił, żeby mieć go przy sobie na stałe.”

Każdy z nas ma takie chwile, kiedy ma już dość.

Piach przyniesiony z pola, wszędobylska sierść, pomimo że odkurzamy prawie codziennie, ranne wstawanie w zimie, kiedy jest jeszcze ciemno i najchętniej zostalibyśmy pod kołdrą na zawsze. Podporządkowanie rytmu do dnia do psa, szybki powrót ze szkoły lub pracy do domu, tylko żeby nie był on zbyt długo sam. Już nie mówiąc o problemach wychowawczych: przegryzionych kablach, szczekaniu przy okazji każdego możliwego dźwięku na klatce schodowej, uciekaniu na spacerach, jedzenie czego popadnie na zewnątrz, czy moim „ulubionym” problemem – tarzanie się w ludzkich odchodach.

A później on/ona przynosi nam piłkę, kładzie pysk na kolanie i patrzy na nam w oczy. I wtedy przypominamy sobie, że to stworzenie nigdy nas nie skrzywdzi, na zawsze pozostanie nam wierne i zliże nam łzy z oczu, gdy jest nam smutno. I wtedy te wszystkie negatywne myśli odchodzą, a my przypominamy sobie, dlaczego zdecydowaliśmy się te cztery łapy w naszym życiu…

Ostatnio, w jednym z krakowskich parków spacerował starszy pan, który wolno krocząc wspomagał się laską. Za nim podążał mały, stary kundelek. Pomimo, że nie szli obok siebie i dzieliła ich odległość, widać było, że te ich wspólne spacery trwają od lat, czuć było więź i wzajemne zaufanie.

Postanowiłam szybko wyciągnąć telefon i podzielić się z wami tym widokiem, który zawsze sprawia, że się wzruszam. Bo kiedy pozostaje nam tak mało radości w życiu, największym szczęściem jest to małe/wielkie czworonożne stworzenie. Wiernie kroczące za nami, wspólnie z nami się starzejące. Moja babcia zawsze rozpromienia się, gdy przychodzę do niej z Pyniem, który wpada do jej pokoju ze swoim długim merdającym ogonem, wskakuje przednimi łapami na kanapę i wylizuje jej ręce. W lecie, gdy babcia siedzi na balkonie, Pynio wchodzi na krzesło obok i razem wygrzewają się w słońcu.

Moja babcia nie ma własnego psa, jednak wiele starszych osób decyduje się na spędzenie ostatnich chwil w towarzystwie czworonożnego towarzysza, który umili im życie. Bo tak naprawdę, poza tymi chwilami, w których ze złością po raz kolejny zauważamy, że z naszych dopiero co zrobionych kanapek jakimś cudem zniknęła szynka, posiadanie psa w każdym wieku daje tyle samo szczęścia.

Jednak najtrudniejsze pytanie, które zadaje sobie każdy psi właściciel brzmi: kto powinien odejść szybciej? Czy lepiej żyć ze złamanym sercem czy złamać je naszemu psu? Kiedy zarówno jedno jak i drugie świata poza sobą nie widzi… Myślę, że każdy, kto choć raz w życiu zaznał psiej miłości wie jak brzmi odpowiedź na to pytanie.

Doceniam każdą chwilę, w której Pyniek pokazuje mi swoją wdzięczność za samo bycie moim psem. I chociaż wiem, że przyjdzie ten moment, kiedy będę musiała się z nim pożegnać, to czuję ulgę, że to ja będę tęsknić a nie on.

 

Czytany 1006 razy Ostatnio zmieniany sobota, 23 styczeń 2016 12:58