środa, 09 marzec 2016 01:00

Miłość NIE od pierwszego wejrzenia

Oceń ten artykuł
(3 głosów)

 

To było 3 lata temu. Czas leci naprawdę szybko, a wydaje się, że Pynio jest z nami od zawsze. W tym okresie zarówno ja, jak i R. dużo pracowaliśmy i długo zastanawialiśmy się czy znajdziemy czas na psa. Nasze życie było naprawdę zakręcone - ja w gastronomii, gdzie ustalone godziny pracy nie istnieją, R. codziennie wracał bardzo późno. Jednak myśli i rozmowy o nowym, czworonożnym członku rodziny ciągle powracały. W końcu przeważył argument: pies siedzi w schroniskowym boksie sam przez 24 godziny na dobę, a u nas będzie miał ciepły kąt, pełną michę, dużo miłości i my zrobimy wszystko żeby się dostosować. Nawet przez chwilę nie pomyśleliśmy o tym, by szukać psa rasowego. Kiedyś przez chwilę wraz z przyjaciółką, K. pomagałyśmy w krakowskim schronisku i już wtedy wiedziałam, że w końcu nadejdzie ten dzień, kiedy i ja będę mogła zmienić życie jednemu z psiaków. Czy się bałam? Oczywiście, że tak. Oprócz historii o wdzięczności adoptowanych psów, nasłuchałam się także opowieści o tym, jak psy już raz skrzywdzone, nigdy nie wyjdą na prostą i zawsze coś w ich psychice zostanie. Nie brałam jednak pod uwagę kupna psa. Jasne, że podobają mi się border collie, kocham łagodność flatów, ale myśl o tym, że pomożemy przynajmniej jednemu psu nie pozwoliła mi na szukanie takiego z hodowli.

Poza tym bardzo dobrze znałam już jedną adoptowaną bidę - K. zdecydowała się na wzięcie psa rok wcześniej. Wraz z mężem uratowała wtedy przekochaną Airę, którą możecie zobaczyć na ostatnim zdjęciu. Jedynym większym problemem, z jakim musieli się zmierzyć nowi właściciele to fakt, że po adopcji Aira, która nie była dużym psem nagle zaczęła rosnąć w zastraszającym tempie. W efekcie, z małego pieska stała się wielkim potworem, który nie zdaje sobie sprawy ze swoich rozmiarów i swoją nieporadnością niszczy wszystko na swojej drodze. Poza tym okazała się przekoachanym psiskiem i szybko stała się oczkiem w głowie w naszym towarzystwie. To chyba miłość do tego uroczego stworzenia i przykład, że da się to wszystko ogarnąć, mając też kupę innych obowiązków skłoniła nas do ostatecznej decyzji. I oczywiście podświadomie zwracałam uwagę przede wszystkim na czarne kundle przypominające Airę :)

Przejrzałam wszystkie psiaki na stronie schroniska, po czym wraz z K. i koleżanką z pracy, która również myślała nad psem, wyruszyłyśmy na ul. Rybną 3 w Krakowie w poszukiwaniu nowego przyjaciela (lub przyjaciółki, bo płeć była mi obojętna:)).

Każdy kto był w schornisku wie, że to strasznie trudna decyzja. A najgrosza jest świadomość, że decydując się na jednego z psów, reszta wciąż pozostaje bez domu... Na szczęście, będąc w azylu już wcześniej wiele razy, trochę uodporniłam się na ten widok, chociaż z tym poczuciem, że "gdyby mogła wzięłabym wszystkie" chyba nigdy nie da się wygrać w stu procentach.

Jednym z psów, który „wpadł mi w oko” był czarny, średniej wielkości Lolek, który zza krat domagał się uwagi. Widzieliście filmik na Facebooku i te maślane oczy? Poprosiłam o możliwość zapoznania się z nim poza boksem. Lolek po wyprowadzeniu na zewnątrz ładnie szedł na smyczy, ewidentnie wiedział, co znaczy „spacer”, ale jakby nagle stracił zainteresowanie nami... Ciekawiły go zapachy i wszystko, co dzieje się dookoła, tylko nie my. Trochę mnie to wtedy zmartwiło, bo ciągle wbijano mi do głowy, że pomiędzy człowiekiem a psem od razu czuje się „to coś” i momentalnie wie się, że to właśnie TEN pies. W tym przypadku tak nie było.

W schronisku

 

Postanowiłam dać sobie jeszcze czas do namysłu – wzięcie psa to przecież decyzja na długie lata. Najgorszy był jednak moment powrotu Lolka do boksu. Nagle okazało się, że on za nic na świecie nie chce tam wejść – z piskiem zapierał się wszystkimi łapami… K. ze łzami w oczach zaczęła zastanawiać się czy nie wziąć drugiego psa, i to od razu, bo nie ma serca patrzeć na Lolka, który zdecydowanie nie czuł się dobrze w towarzystwie innych psów w boksie. Pracownik schroniska powiedział nam, że od początku nie zaakceptowały nowego lokatora, nie pozwalały mu dojść do jedzenia (stąd ta chudość!) i podgryzały go po łapach… Lolek w schronisku był dopiero od miesiąca. Ktoś znalazł go błąkającego się w Nowej Hucie i pies został przywieziony na ul. Rybną, gdzie nikt się po niego nie zgłosił.

Kiedy wróciłam do domu, szargały mną wątpliwości. Nie wiedziałam czy Lolek to TEN pies, z drugiej strony nie mogłam zapomnieć widoku zza krat. Pamiętam, że powiedziałam wtedy do R.: „Najlepiej jakbyś po prostu tam pojechał i zdecydował za nas dwoje”. Rzadko się zdarza, żeby mój facet tak momentalnie mnie posłuchał... Już na następny dzień wraz z K. przyprowadzili do domu Lolka. Lolka, którego imię zmieniliśmy na Pynio.

Pierwszy dzień w domu

 

Co tu dużo mówić. Pynio już w pierwszym dniu zrozumiał, że od dziś jest Pyniem. Po pierwszych kilku dniach wszystkie moje wątpliwości ustąpiły i na ich miejsce przyszła miłość. Bo Pyniek okazał się psem prawie idealnym. Zaaklimatyzował się bardzo szybko – zostało w nim sporo lęków i obaw, wciąż są rzeczy nad którymi pracujemy, jednak za nic na świecie nie umiem sobie wyobrazić, że te 3 lata temu nasza decyzja mogłaby być inna.

To nieprawda, że wybierając psa musi coś zaiskrzyć. Może niektórzy tak mają. Ale my potrzebowaliśmy trochę czasu, żeby się w sobie zakochać. On potrzebował zaufać, ja potrzebowałam uwierzyć, że uda się znaleźć w zakręconym życiu czas na psiaka. Teraz nie pamiętam już, że jak wyprowadziłam go na spacer w schronisku w ogóle nie zwracał na mnie uwagi. Teraz jego uwagi i miłości mam aż za dużo  Wiem już, co znaczy wdzięczność adoptowanego psa, o której wszyscy ciągle mówią. 

A co z dwiema dziewczynami, które były wtedy ze mną w schronisku? K. kilka miesięcy po mnie adoptowała Lawę, która jest kolejną kopią Airy i Pynia (wszystkie na zdjęciach). Teraz, gdy tylko nadarzy się okazja, razem szaleją na spacerach. Druga z dziewczyn, tydzień po adopcji Pynia przyjechała po wypatrzoną w schronisku włochatą sunię, Bezę.

Beza

Aira, Lawa, Pynio

 

Jak to mówią, wszystko skończyło się szczęśliwie cztery fantastyczne psy mają domy. Nie mam wątpliwości, że to była dobra decyzja. Pamiętajcie jednak, że adopcja to również BARDZO ciężka praca. Wiele psów w domu zaczyna zachowywać się zupełnie inaczej, szczególnie jeśli decydujemy się na wzięcie psa dorosłego. W tym przypadku wkraczamy w życie psa, który coś już przeżył i nie jesteśmy tymi, których pamięta od szczeniaka. Jeśli więc nie jesteście gotowi na duże poświęcenie, przemyślcie tę decyzję 1000 razy. Lepiej poczekać, niż spotkać się z rozczarowniem i w nagorszym wypadku oddać psa z powrotem...  Jeśli planujecie adoptować psa, najlepiej kontaktować sięz wolontariuszami, którzy najlepiej znają wszystkie psy!

Macie adoptowane psy? A może się zastanawiacie? Napiszcie o tym :)